Pewnie większość z Was spotkała się z pojęciem „cheat meal” w świecie fitnessu. Na portalach społecznościowych jesteśmy zasypywani zdjęciami „oszukanych posiłków”.

Najpierw warto zastanowić się, co to takiego jest? Jest to zalecany w okresie redukcji posiłek, który wychodzi poza nasze zapotrzebowanie kaloryczne.

Jaka jest zasada „cheat meal”?

Bilans tygodniowy, który jest ujemny, nie może być mniejszy od „oszukanego posiłku”. Jeśli od dziennego zapotrzebowania odejmiemy np. 400 kcal, to mnożymy je razy 7 dni, co daje nam 2800 kcal. Z tej liczby wyciągamy „cheat meal”, który powinien liczyć z tego 40%. Taka ilość nie wpłynie negatywnie na naszą redukcję. Jest to wprowadzenie do posiłku produktów, których zazwyczaj nie spożywamy.

Co ma na celu „cheat meal”?

Przede wszystkim zaspokojenie naszej psychiki. Oszukując swoją psychikę jest nam łatwiej wytrwać na diecie. Są nawet badania, które pokazują, że osoby, które w swojej diecie stosowały oszukane posiłki, po wyjściu z niej utrzymały odpowiednią wagę ciała. U innych osób, które przez dłuższy czas były na redukcji, zwiększyła się chęć spożycia tzw. zakazanych produktów.
Oszukane posiłki mogą podkręcić nasz metabolizm. Organizm zaczyna się nakręcać.

Myślę, że dla każdego „cheat meal” będzie inny. Oczywiście, jeśli chodzi o produkt.

Nie musi być to burger załączony na powyższym zdjęciu 🙂 (u mnie zazwyczaj jest to domowej roboty ciasto mojej babci, spożywane co niedzielę). Ważna jest równowaga kaloryczna, nawet przy „oszukanym posiłku”. Skrupulatnie wszystko obliczcie.

Zapamiętaj, że warto prowadzić „oszukany posiłek” po miesiącu ścisłej diety. Nie mylcie odpowiednio wyliczonego „oszukanego posiłku” z „cheat day” 🙂