„Panie, przecież dzisiejsze jedzenie to sama chemia. Teraz wszystko jest rakotwórcze” – ilekroć słyszę takie stwierdzenie, zastanawiam się, czy jest to usprawiedliwianie swoich niezdrowych dietetycznych wyborów czy nieznajomość tematu i problem z rzetelną oceną usłyszanej teorii. Jeżeli nie chcesz być jednym ze straszycieli listą E – zapraszam do przeczytania krótkiego artykułu.

„E dodatki” to składniki chemiczne dodawane do żywności w celu poprawienia jej smaku, wyglądu, trwałości lub innych właściwości, są one przebadane i bezpieczne w spożyciu – takie jest stanowisko instytucji normalizujących w Unii Europejskiej. Oznaczane są numerami od E100 do E1999, dlatego pozwolę sobie omówić tylko kilka przykładów.

Związek jakim jest E300 jest tą sama substancja, którą w okresie jesienno-zimowym większość z nas łyka garściami, aby nie zachorować na grypę – mówimy oczywiście o witaminie C, która jest niezbędna do życia i odpowiada między innymi za prawidłowe gojenie się ran czy za stan naczyń krwionośnych. Większość z nas obawiałaby się również zakupu sera, jeżeli w skład wchodziłby E100 – okazuje się jednak, że jest to kurkumina, barwnik mający silne działanie przeciwzapalne, którego walory wykorzystuje się w prewencji nowotworów czy chorobie Alzheimera.

Jednym z dodatków owianych złą sławą jest aspartam (E951) – środek około 200 razy słodszy niż cukier. Niektórzy przypisują mu działanie rakotwórcze, opierając się o badania przeprowadzone na szczurach, w których były one karmione wysokimi dawkami, rzędu kilku gramów aspartamu na kilogram masy ciała, kiedy ADI (dopuszczalne dzienne spożycie) wynosi 40mg/kg masy ciała/dzień.

Trzeba zaznaczyć, że szczury karmione aspartamem żyły dłużej, więc były bardziej narażone na występowanie nowotworów. Aktualnie zdecydowana większość badań naukowych wyklucza kancerogenne działanie tej substancji słodzącej.

Niestety, mamy też dodatki jak kwas fosforowy (E338) występujący np. w napojach typu cola, którego wysokie spożycie może przysporzyć nam problemów z gospodarką wapniowo-fosforanową, przekładając się na mineralizację kości. Prostymi słowy – duża podaż łatwoprzyswajalnego fosforu może przyczyniać się do zwiększonego ryzyka występowania osteoporozy.

Złą sławą zdecydowanie cieszą się konserwanty, których zadaniem jest przedłużyć trwałość produktów. Azotyny i azotany, które możemy znaleźć głównie w przetworach mięsnych odgrywają znaczącą rolę jako dodatek do żywności – zabezpieczają żywność przed Clostridium Botulinum produkującą jad kiełbasiany – toksynę mogącą doprowadzić nawet do śmierci. Według WHO (World Health Organization) maksymalna dawka azotynów, jaką może spożywać codziennie człowiek bez uszczerbku na zdrowiu wynosi 0.1mg/kg masy ciała/dzień. W przypadku azotanów ADI wynosi 0.5mg/kg masy ciała/dzień. Ich nadmiar zwiększa ryzyko nowotworów i może spowodować uszkodzenie hemoglobiny prowadzące do sinicy.

Jednym z bardziej sławnych konserwantów jest benzoesan sodu (E211), którego duże dawki działają drażniąco na śluzówkę żołądka, lecz konsumpcja na poziomie 647-825mg/kg masy ciała nie powoduje szkodliwego oddziaływania na nasz organizm. Jednak E211 w połączeniu z wyżej wymienioną witaminą C może przekształcać się w rakotwórczy benzen, których połączenie możemy zaobserwować w napojach gazowanych.

W przypadku dodatków do żywności na usta ciśnie się wypowiedź Paracelsusa „Cóż jest trucizną? Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. Tylko dawka czyni, że dana substancja nie jest trucizną (łac. Dosis facit venenum)”.

Reasumując, nie wszystkie „E” są szkodliwe. Bójmy się świadomie i zachowajmy zdrowy rozsądek. Z pewnością najlepszym wyborem jest unikanie przetworzonych produktów spożywczych, w których skład wchodzi duża ilość dodatków do żywności. Opieranie diety o taką żywność może powodować kumulację substancji, które w nadmiarze mogą wykazywać niekorzystne działanie. Problemem mogą być również interakcje między niektórymi dodatkami.